Do ostatniej notatki na tym blogu można powiedzieć, że przymierzałam się ok. pół roku. Wiele wersji leży w folderze, niedokończone. Próbowałam jakoś ogarnąć i opisać chronologicznie mój ostatni rok życia. Okazało się to nie tylko niemożliwe, ale wręcz nużące. Po prostu się nie da. Oglądając się cały czas w przeszłość zapominałam na bieżąco opisywać swoją teraźniejszość. I tak miesiąc za miesiącem gubiły się wszystkie roztrzepane myśli, nagłe zdarzenia.
Postanowiłam więc, że jeśli mam zakończyć jakoś tego bloga to chyba tylko z tym co siedzi we mnie teraz. Inne opowieści albo gdzieś kiedyś powrócą, albo pozostaną tymi, które przekazuję słownie przyjaciołom przy piwku.
Kilka miesięcy temu, kiedy spędziłam w swoim domu rodzinnym miesiąc wakacji by jakoś unormować swoje problemy zdrowotne moja Babcia zapytała się mnie z troską w głosie, jakie są moje cele życiowe. Mając 24 lata wydawać by się mogło, że człowiek takie cele ma już dawno określone i z zaparciem do nich dąży. Ja jednak takich nie mam. Moje życie jest nadal rozmazanym obrazem, które od czasu do czasu wyostrza się w miejscach gdzie coś mnie przyciągnie i zainteresuje. Od kilku jednak lat jest coś co się nie zmienia. Pasja do podróży. Odpowiedziałam więc babci, że moim celem jest to co daje mi szczęście. A taką rzeczą są podróże. Tylko one potrafią obudzić we mnie najpiękniejsze cechy, tylko one dają spełnienie. Grymas na twarzy Babci był jednoznaczny. Nie o takie cele chodziło. Powinno być coś o pracy, dzieciach czy studiach. Nie bardzo potrafiłam obronić swoje poglądy. Bo jak wytłumaczyć komuś, kto całe swe życie poświecił rodzinie i wszystkie trudy znosił dzięki poczuciu, że jest za kogoś odpowiedzielny; jak wytłumaczyć, że moje życie zaczyna się i kończy na planowaniu kolejnych wypadów i wycieczek.
Nie jestem jednak podróżnikiem, włóczykijem, globtroterem za których uważam wszystkich tych, którzy ze swej pasji zrobili filozofię życia. W między czasie w moim świecie przewijają się przyjaciele, problemy z pracą, życie we Włoszech i mój związek z Paolo. Każda podróż jest przerywnikiem w codzienności. Tyle, że ja dla tych przerywników tworzę najwięcej energii. W trakcie podróży odnajduję tęsknotę za domem, potrzebę kochania mojego partnera, siłę by pielęgnować przyjaźnie. W trakcie podróży zdaję sobie sprawę jak ważna jest praca, by móc spełniać marzenia. Gdy wracam do domu sięgam po książki z większym zapałem niż wcześniej, gotuję obiad i umawiam się na spotkania ze znajomymi.
Podróże kształcą... Mnie kształcą pod każdym względem. Pozwalają walczyć z ułomnościami, także tymi zdrowotnymi. W trakcie podróży piszę po kilkanaście kartek, które praktycznie są listami, do czego nigdy nie potrafię się zabrać gdy "stoję w przystani".
Dlatego właściwie wszystkie notki jakie by tu powstały w przeciągu ostatnich miesięcy byłyby pewnie taką podróżą.
Czasami wracam do kilku lat wstecz na tym blogu i myślę sobie jakie to wspaniałe, że potrafiłam pisać nawet o największych głupotach. Dzięki temu mam spory kawał życia zamknięty w słoiku do którego zawsze mogę zajrzeć. I choć jest to blog, miejsce publiczne mam ogromny sentyment do tych wszystkich notek i cieszę się, że udało mi się tak długo utrzymywać kontakt ze światem w ten sposób.
Zawsze zaskakiwało mnie jak wielu znajomych próbuje odnaleźć tu jakieś ciekawostki z mojego życia, lub tez informacje na temat tego co u mnie. Zaskakiwało mnie to, rzadko ktoś się do tego przyznawał. A jeszcze większym zaskoczeniem było to, że robią to osoby z którymi nie mam już żadnego kontaktu. Dlaczego tak trudno nam po prostu napisać do kogoś i zapytać "Co u Ciebie?".
Mimo wszystko to miłe, że nasze myśli gdzieś tam zostały dotknięte ludzkim okiem.
Bedąc osobą zmienną to niesamowite ile ten blog przetrwał. Teraz chyba jednak już czas. Udało mi się jakimś cudem nauczyć zapisywać myśli na kartkach dziennika. Choć więcej tam notatek z tego co przeczytać, gdzie zadzwonić, co powiedział jeden i drugi lekarz. Czasem jednak zachować gdzieś jakąś myśl, która przeczytana później nabiera nowego znaczenia.
I chyba na dzisiaj to mi wystarczy.
Pogrążona jednak często w informacjach na temat różnych krajów, zapisków innych na temat tego co widzieli; zastanawiałam się czy nie warto by było swoje spostrzeżenia również gdzieś zapisywać. Być może komuś jakoś to pomoże, gdy będzie planował swoje wyjazdy.
Zatem łącząc pasję z odrobiną kabusien prywaty przenoszę się gdzie indziej, by jednak oddzielic te rozdziały życia.
Szczerze dziękuję tym, którzy choć skrawek mnie zachowali gdzieś w sobie i czasem tu zaglądają. Nowego adresu nie podaję, ale gdyby ktoś był zainteresowany, niech pisze: kabusia@gazeta.pl
Całuję i ściskam
Kasia
Tyle razy zabierałam się już do dodania jakiejś notki. Teoretycznie wiele się nie dzieje, ale przecież w między czasie zdążyłam się obronić, spakować walichę i wyjechać do Mediolanu, zanudzić się tam na śmierć zastanawiając się nad swoją mizerną sytuacją, odwiedzić Szwajcarię, zapisać się na lekcje włoskiego, ugotować kilka zup dla Paolo i ulepić kilkadziesiąt pierogów, wyjechać do Barcelony, wrócić do Polski na Włóczykija. Kolejność przypadkowa. Teraz jednak siedzę w Gryfinie, grzeję stopy w koszmarnie wczorajszych skarpetach i staram się nie wyglądać za okno. Zupka chińska już się parzy, książka leży na biurku i czeka. Za oknem oglądam zmieniające się twarze miejscowych żuli. Kilka łyków jabola za spożywczakiem i w drogę. Za chwilę przychodzi następna zarumieniona twarz a pies groźne poszczekuje zza bramy, choć Julka to typowy pieszczoch bez zbędnego agresora w oczach.
Właściwie to ciężko to wszystko było opisać, może dlatego, że w jakiś sposób chciałam zamknąc tego bloga. I chciałam żeby to była notka, która nie brzmiałaby jak część czegos co przynajmniej kilkanaście odcinków mieć będzie.
Drugi adres już czeka choć nie mogłam się zdecydować czy zostawić go na jedynie praktyczne porady z moich wycieczek czy zrobić też ciąg dalszy mojej mizernie skleconej prywaty. Bo mimo wszystko czasami mam potrzebę coś napisać, a ruchy długopisem są na tyle wolne, że na kartce wychodzi mi jeszcze większy bełkot.
Chciałabym już jednak zamknąć rozdział kabusiowy. Czuję się już nieco inną osobą, a raczej patrzę już w inną stronę. Poza tym troszkę mnie męczy świadomość, że każdy wie o tym blogu i czyta go wyszukując jakiś ciekawostek na temat mojego prywatnego życia (starzy dobrzy znajomi oczywiście nie zaliczają się do tej grupy). Zatem zamknę go jakoś w miarę składnie mam nadzieję.
No i zupka wystygła, wena uciekła... Psia kostka... No nic. To wrócę później. Pozdrawiam
bo zwierzęta cierpią i umierają tak po cichu... Mogłam tylko stać i patrzeć na powykręcanego gołębia i czekać aż przyjedzie ktoś z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami... Ale nikt nie zdążył przyjechać... Gołąb skulił się, zamknął oczy i tak po cichu zdechł... :( Przykro mi, że ludzie tak mało zwracają uwagi na zwierzęta, które tak często przez nas cierpią w dużych miastach... Zabierając im naturalne tereny powinniśmy czasem schylić głowę i zobaczyć takiego gołębia... no tak, ale przecież to tylko gołąb a ich nikt nie lubi :(
Smutno...
"...zdałam sobie sprawę, że - mimo wszelkich niebezpieczeństw - zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość...."
Olga Tokarczuk "Bieguni"
To ja tak może wrócę na chwilę jeszcze do miłości... Bo czuję, że powinnam tak dla samej siebie napisać to by zapamiętać. Rzadko na blogu pisałam o swoich związkach, pomimo iż podchodzę do tego miejsca jak do czegoś bardziej dla mnie niż dla innych świadoma jestem, że jednak czasem ktoś tu zagląda. I choć wiele tu moich prywatnych spraw, sprawy damsko-męskie mają to do siebie, że w sposób burzliwy przemijają czasem szybciej niż burzowe chmury.
Ale w moim życiu pojawił się mężczyzna, który jako pierwszy (a może drugi) ma odwagę o mnie walczyć. Zawsze w związkach bolało mnie to, że pomimo tak ogromnych deklaracji miłosnych, wielkich wyznań, kiedy przyszło do rozstań wszystkie te wielkie słowa ginęły gdzieś. Tłumaczę to sobie tym, że tak naprawdę żaden z tych facetów mnie nie kochał.
A teraz czuję, że na głowie musiałabym chyba stanąć by mi mój chłop powiedział "to by było na tyle...".
I tak właściwie mało błyskotliwie, ale czasami chyba o tym zapominam, więc zapisuję by pamiętać. ;)
A że wczoraj się na mnie obraził bo jak nie Tunezyjczyk to Włoch chciał uciąć sobie ze mną pogawędke i nie było czasu by na facebook'u porozmawiać - to chyba jeszcze bardziej za nim tęsknię. Co tu kryć, lubię gdy od czasu do czasu ktoś jest o mnie zazdrosny. Taka ludzka słabostka ;)
Możemy szukać wolności, uciekać od ludzi i od społecznych zasad, które czasami tak bardzo nas ograniczają. Zakładają kajdanki 'poprawności' i trzymają za gardło tak, by nawet nie wyobrażać sobie życia bez nich.
Możemy żyć na przekór wszystkim tym zasadom, szukać tam, gdzie inni uciekają.
Ale pod koniec... to chyba najważniejsze by kochać i czuć się kochanym.
Kocham otaczający mnie świat, który choć jest niezwykle wymagający, jednocześnie daje mi tyle możliwości odkrywania siebie...
I czuję się kochaną. Pod koniec dnia, gdy zamykam oczy, wiem ,że gdzieś ktoś o mnie myśli na dobranoc. Wiem, że moi bliscy, tak dalecy od ideałów kochają mnie w sposób przekraczający moje wyobrażenia. I ich miłość zawsze będzie mnie prowadzić z oczami pełnymi wiary w ludzkie dobro. To ich czyni najpiękniejszymi...
Mogę zdobywać świat, przekraczać granice własnej wyobraźni... ale bez miłości nigdy nie czułabym tak ogromnej potrzeby by to robić...
Najtrudniej jednak jest pokochać samego siebie
Cztery dni z Paolo śmignęły tak szybko. Sobota pod znakiem zatrucia po imprezie właściwie nie pozwoliła mi ruszyć się z miejsca. Umierając do późnych godzin wieczornych nie mogłam znaleźć sobie miejsca, a biedny Paolo czuwał cały czas przy mnie, to biegając do apteki, to mnie przytulając i usypiając. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak się o mnie troszczył. Z wielkimi łzami żegnałam się z nim dzisiaj. Świat przynosi nam czasem tak wiele odpowiedzi. Choć nadal męczę się jeszcze w Krakowie i nie mam czystej karty czuję, po prostu wiem, że wszystko będzie dobrze. To wszystko się ułoży. Tylko byle nie popadać w marazm, byle marzyć i iść do przodu, choćby pod wiatr, a ja zazwyczaj pod wiatr chodzę.
I obiecałam sobie, że alkoholu już ja nie tykam. Do następnego razu pewnie... a właśnie przez to, że nie trenuję to później takie właśnie jajeczka wychodzą.
Późno już. W poszukiwaniu dokumentów trafiam na Prowadził nas Los Kingi i Chopina i tak na chwilkę, dosłownie chwileczkę się zatrzymuję. Zaczytałam się i minęła mi godzina. Po cichu w wyobraźni dreptam nóżkami po Ameryce Północnej razem z nimi. Ze łzami w oczach, kiedy pomyślę, że Kingi już nie ma.
Chętnie podzieliłabym się ich podróżą, dlatego gdyby ktoś chciał z przyjemnością wyślę w PDF - kabusia@gazeta.pl
"You can only stand up
For what you believe
Don't be blinded
By the power of greed
What about all those things
You could have done but you don't?
They say things happen for a reason,
You don't do them, they won't"
Siedzę jak zwykle w pokoju numer 7 na jednym z piętrowych łóżek, wpatrzona w laptopa pogrywam z nudy w Age of Empires – w końcu ile można pisać, czy się pisze czy się leży, przerwa się należy. Do drzwi puka Ania – Kasia masz gościa. Zdziwiona zastanawiam się kto do cholery wpadłby tak bez zapowiedzi do Hostelu na miodowej ? Agata, Ola czy Kasik? Do pokoju wchodzi zgrzany Paolo z pięknymi w kolorach tęczy chryzantemkami (tak wiem, że te duże kupuje się na nagrobki:P tak czy siak są pięknie letnie i tak bardzo kolorowe). Szczęka opada mi do kolan, łzy pojawiają się w oczach i patrzę tak na Paolo w szoku, który uśmiecha się do mnie z tą szelmowską dumą, że plan mu się udał. Przytulam się i nie wiem już czy płakać czy się cieszyć. Zabijam go pytaniami, że jak i kiedy? Jakim cudem? Przecież bilet drogi, a co z pracą? Ale po co ja pytam? Przecież to najpiękniejsza niespodzianka jaka kiedykolwiek mnie spotkała.
Paolo pokolei wyciąga włoskie przysmaki, obowiązkowe pesto i parmezan i trzy inne sery. Ja wpatruję się w kwiatki ułożone już w wazonie na stole w ‘common roomie’. Widzę, że dziewuchy z hostelu uśmiechają się razem ze mną w końcu to scena niczym z amerykańskiego filmu romantycznego. Dla mnie najważniejszy sygnał – zależy mu. Potrzebowałam tego sygnału jak nigdy. I on poczuł, że to już nie przelewki.
Ostatni tydzień był ciężką dla nas próbą. Moja lekka depresja, życie Nomada przykutego do jednego miejsca, odpadanie w chmurę marzeń o podróżach i marazm braku ruchu i przekraczania kilometrów wywołał u mnie lawinę pytań – czy ja powinnam jechać do tego Mediolanu? Czy to ma sens w ogóle ? Paolo należy do ludzi, którzy nie bardzo potrafią godzinami gadać przez Internet i pisać długaśne maile. Brak kontaktu duchowego z nim zasiał ogólne zwątpienie. Tego samego dnia kiedy przyleciał, rano naskrobałam do niego tak mało przyjemnego maila, przesiąkniętego moim sceptycyzmem i ogólną rezygnacją, że jak tylko sobie o nim przypomniałam kazałam mu jak najszybciej go skasować.
Jeszcze z wypiekami na twarzy zadzwoniłam do Mamy. Obie uznałyśmy, że skubany wiedział kiedy trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Naprawdę było blisko. A mój wyjazd się zbliżał.
Pamiętam, kiedy kilka dni temu wracałam z kina i taka przygaszona w duszy prosiłam mojego Anioła Stróża o jakiś znak, co tu z tym życiem dalej zrobić? Czy już teraz rzucać wszystko i pakować plecak, zaczynać od nowa po samemu, czy poczekać i ruszyć do Mediolanu gdzie miałabym zaczynać coś we dwoje. Chyba znak nie mógł być bardziej klarowny. Chrapie mi właśnie pod łokciem ten znak z nieba. Najbardziej troskliwy i kochany znak jaki mógł przydarzyć się tak mało ogarniętej i niepoukładanej osobie jak ja. Ufff, znów wszystko powoli się układa. Dziękuję.
skomentuj (1)
i jego genialny tekst piosenki o tytule The Professor & La Fille Danse
Czasami mnie samą przeraża to jak potrafię aklimatyzować się w nowych miejscach, odnajdywać w nowych sytuacjach. I jak przez to mam w sobie mało ambicji. Moszczę sobie gniazdko w 2m na 2m i już mi dobrze. Już obkładam się swoimi rzeczami i robię to co zawsze. I tak siedzę od kilku dni w hostelu, robię sobie herbatki, rozmawiam z dziewczynami, z innymi przybywającymi mieszkańcami. Jest prawie, że po studencku. A że mam tu kochane dziewuszki, opłaty też są studencko-koleżeńskie. I już mam swoją kołderkę, swoje łożeczko, swoją półkę w lodówce. Czy to nie straszne ?
Wczoraj wieczorem przy robieniu herbaty do kuchni wpadł Misza - równie stały gość co ja, a właściwie to był tu już przede mną. Młody chłopak z Ukrainy. Przybiegł do kuchni wyraźnie poddenerwowany, mówiąc do siebie rzeczy, które w połowie mogłyśmy zrozumieć. Przyzwyczajone zignorowałyśmy. Ale Misza dzwonił, chodził, krzyczał coś o Rosji, o mafii.
W końcu pytam - Misza co się stało ?
Ze spokojem chłopak tłumaczy, że my w Polsce mamy przynajmniej prawdziwą policję. U nich policja to mafia... Brata mu zamknęli. Wpadli na dyskotekę, tam gdzie pracował, wsunęli co trzeba było do kieszeni, zakuli i zabrali. Ale jak Misza ? - pytam zaskoczona. Przecież to niemozliwe... I co teraz ? Teraz są dwa wyjścia, albo za 19 letniego brata zapłacą 1000 dolarów albo chłopak odsiedzi 3 lata. Misza, a co z kartoteką? Tak już zostanie mu w aktach, że przestępca? Jak dasz 1000 dolarów to przy Tobie podrą akta i nie ma sprawy... A macie tyle pieniędzy? Znajomi, znajomych - powoli uzbierają.
Było mi naprawdę przykro, chciałam pójść do bankomatu i wyciągnąć pieniądze. Ale coś mnie powstrzymało...
Opanowanie młodego Miszy uspokoiło mnie, że dadzą radę. Ale ile ich to będzie kosztować ?